Lut 28 1987

Miss Wrocławia 1987

Słowo Polskie. Wrocław, luty 1987 roku Na próbie wszystko grało

Olbrzymi tłok był w sobotę we wrocławskim WDK. Co wyciągnęło ludzi z domów? Oczywiście wybory Miss Wrocławia. Wszystkie bilety sprzedano. Każdy chciał zobaczyć, jak wyglądają najpiękniejsze wrocławianki.

Widzowie, czekając na rozpoczęcie imprezy patrzyli na zakurzoną scenę, na której powieszono, niegdyś białą olbrzymią szmatę, oraz sieć maskującą w kolorze khaki. Scenografię, żywcem wziętą z odpustowej zabawy w remizie, uzupełniał napis „Miss Wrocławia’87” oraz reklama zachodnioniemieckiej firmy IMR Electronic, która zafundowała laureatkom konkursu nagrody – trzy walkmany. Pod sceną postawiono olbrzymi ekran, na którym z częstotliwością raz na pół godziny, słodki zespół Modern Talking wołał – „SOS dla miłości”.

Wejście Wandy Ziembickiej i Wojciecha Dzieduszyckiego, honorowego członka jury i pierwsze słowa, które padły na powitanie dały nadzieję, że impreza, mimo brudnej oprawy, będzie sympatyczna. Niestety, pan Wojciech usiadł w jury zostawiając Wandę Ziembicką samą. Kiedy urocza dziennikarka poczuła się gospodynią, natychmiast przestała się liczyć ze scenariuszem.

Jej występ jedni potraktowali jako dodatkowa atrakcję, inni zaczęli krzyczeć; co jest grane?

Wyszli tylko nieliczni. Pozostałym pomagała przetrwać zapewne świadomość utraty sześciu stów i ciekawość, która to z odważnych wrocławianek dostanie tytuł miss?

Małgorzata Sajdak Miss Dolnego Śląska 1987

Małgorzata Sajdak Miss Dolnego Śląska 1987 Autor zdjęcia Zofia Nasierowska

Jury miało ciężki orzech do zgryzienia wobec wyrównanych szans kandydatek. Z 20 potencjalnych miss, a właściwie 19, bo jedną porwał narzeczony tuż przed konkursem, do dolnośląskiego finału w Lubinie przeszło 10. A po drugiej prezentacji na placu boju pozostały cztery najładniejsze. W rezultacie tytuł miss jury przyznało Małgorzacie Sajdak, z zawodu modystce.

Dziś sama uroda nie wystarcza. Kobieta ubiegająca się o tytuł najpiękniejszej powinna mieć osobowość. Już bernard Show zauważył, że „uroda po trzech dniach staje się równie nudna jak cnota”. Jakie były kandydatki? Jak w każdym konkursie. Ładniejsze wrocławianki widzimy na ulicach. Dlaczego nie przyszły do WDK-u? Pytanie pozostawiamy bez odpowiedzi.

Prezentacje dziewcząt przeplatane były występami m. In. Kulturystów z Lubina (to ładnie, że organizatorzy pomyśleli o niektórych paniach na widowni) oraz przydługimi popisami gimnastyczek. Podobał się Andrzej Waligórski, przypadła do gustu piosenkarka Wiesława Sós. Pani Wiesława pewnie nieprędko wróci na deski WDK-u po „numerze”, jaki wykręcił jej pan odpowiedzialny za efekty wizualno-foniczne.

Tym, którzy zachowywali się rozsądnie i nie poszli na imprezę wyjaśnię, że najpierw pani Wiesia zaśpiewała akompaniując sobie przy fortepianie, a potem chciała zaprezentować się z orkiestrą. Ponieważ organizatorzy nie mieli pieniędzy na zespół instrumentalny więc wpadli na pomysł, aby zaśpiewała z playbacku. Dodatkowa atrakcją miał być videoclip, który piosenkarka nagrał w warszawskiej TV.

Nieszczęście polegało na tym, że na ekranie publiczność oglądała film do innej piosenki, niż ta, którą na estradzie z playbacku śpiewała piosenkarka. Klapa? Nie, po prostu jedna z wpadek.

Nazajutrz reżyser programu Jacek Wenzel bezradnie rozłożył ręce. Na próbie wszystko grało. Każdy miał dokładnie rozpisany scenariusz. Dlaczego tak się sypnęli…?

Organizatorzy potraktowali wybory miss jako fragment trzydniowego bloku rozrywkowego i… przegrali. Zwróciła się połowa kosztów, mimo iż bilety nie były tanie. A przecież taka impreza jak wybory miss, to czysty zysk. Ludzie przyjdą choćby dlatego, że wybory odbywają się raz w roku, a teatr czy kino mają na co dzień.

Na całym świecie organizuje się takie imprezy, by po pierwsze zarobić, po drugie – dać ludziom trochę lekkiej rozrywki i pobudzić do śmiechu. My na razie możemy się tylko śmiać z nieudolności organizatorów.
ANNA LUDWIK