Sty 30 1987

Miss Ziemi Łódzkiej 1987

Express Ilustrowany, 30 stycznia 1987 rok. Wybieramy nowa Miss

Rozmawiamy z Małgorzatą Szczygielską – Miss Ziemi Łódzkiej

– Jeszcze kilkanaście dni i wybierzemy nową Miss Ziemi Łódzkiej. Co pani na to?

– Niech przynajmniej będzie ładna…

– A dotychczasowe nie były?

– Były. Ale złośliwych komentarzy też nie brakowało.

– Każda Miss jakoś daje sobie radę ze złymi językami, Pani nie należy chyba do osób, które zbytnio się przejmują?

– Umiem wpuszczać plotki jednym uchem, a wypuszczać drugim. Stałam się osobą dość popularną w Łodzi, ludzie mnie rozpoznają, trącają się łokciami i mówią „zobacz, idzie miss”. Jestem obserwowana, wzbudzam zainteresowanie, dziewczyny porównują się ze mną. To normalne, że nie zawsze komentarze są mi przychylne. Dlaczego jednak mówimy o złych stronach bycia Miss?

– Jakie są więc blaski? Czy rzeczywiście jest ich dużo, a pierwsze miejsce w konkursie może odmienić życie?

– Chyba najważniejsza sprawa to satysfakcja z tego, że czegoś spróbowałam i to mi wyszło. Pamiętam jak przed rokiem kręciłam się po „Centralu” z torbą, w której miałam kostium kąpielowy i szpilki. Nie miałam odwagi, żeby wejść na eliminacje, oglądałam wszystkie bele z materiałami w jednym ze stoisk i już miałam zrezygnować, gdy sprzedawczynie spytały czy przypadkiem nie idę na wybory. Powiedziałam, że właściwie to nie, jakie wybory o co chodzi, ale one już nie słuchały i zaciągnęły mnie do garderoby dla kandydatek. No i udało się!

– Pani jednej. A co z pozostałymi dziewczynami? One też się wahały, zaryzykowały…

– I żadna z nich na pewno niczego nie straciła. Moim zdaniem w tym konkursie nikt nie przegrywa, mimo iż jest to rywalizacja, to nie ma w niej zwyciężonych. Zdarzyć się mogą tylko zawiedzione nadzieje. Sama zresztą tego doznałam podczas finału Miss Polonia, ale po dwóch – trzech dniach znów zaczęłam patrzeć na sprawę tak, jak powinno się ją traktować. Przecież to wszystko razem jest tylko zabawą, wygłupem, przygodą.

– A jednak ten „żart” zmienia dziewczyny. Pani po roku też już jest inna. 

– Rzeczywiści, wydaje mi się, że trochę wydoroślałam, nieco inaczej patrzę na świat. Tytuł Miss otworzył mi pewne możliwości. Byłam w Anglii, poznałam tu w Łodzi bardzo wiele interesujących osób, udzieliłam masę wywiadów, stawałam przed kamerą filmową, siadałam przed mikrofonami radia. Bez udziału w konkursie wszystko to byłoby niemożliwe.

– Miała pani zostać modelka. Czy to jeszcze aktualne?

– Jest z tym dość dziwna sprawa. Teraz na przykład uczestniczę w pokazach kolekcji ubiorów projektowanych przez Polę Raksę. Z drugiej jednak strony nie bardzo mogę być modelką w wielkim przemyśle, gdyż mam za dobre wymiary – tyle samo w biodrach ile w biuście i bardzo mało w talii. A przemysł chce mieć „wieszak”, chudy i wysoki, bez biustu, z wąskimi biodrami i byle jaka talią. I dopiero, gdy trzeba prezentować kostiumy kąpielowe, jest płacz.

– Wracając jednak do wyborów… Czy wzięłaby pani w nich jeszcze raz udział?

– Regulamin na to nie pozwala. Natomiast gdyby można było cofnąć czas o 12 miesięcy, z pewnością stawiłabym się na eliminacjach, choćby dlatego, żeby raz jeszcze popatrzeć na scenę od kulis.

– A gdyby pani odpadła już przy pierwszym wyjściu?

– Wcale bym się nie przejmowała. Widzę, że pan nie chce uwierzyć, że to po prostu dobra zabawa. Samo uczestnictwo w niej jest już wielką przyjemnością.

– Mam więc nadzieję, że i w tym roku, ale w innej roli, znajdzie się pani 7 lutego w klubie „Koliber”, gdzie poszukiwać będziemy pani następczyni.

– Przyjdę pod warunkiem, że tym razem to ja będę wybierać.

– A więc ma pani zagwarantowane miejsce w jury. Nie będzie pani chyba zbyt sroga?

– Ja sroga? Dziewczyny przekonają się, że mogą na mnie liczyć. Postaram się im pomóc jak tylko będę umiała.

– Trzymam za słowo i do zobaczenia w przyszłą sobotę o godzinie 14 w „Kolibrze”.

Rozmawiał: Julian Beck